Założeniem social mediów było ułatwienie kontaktów społecznych szczególnie osobom pozostającym na dwóch odrębnych krańcach świata. Z czasem przeistoczyły się one także w narzędzia biznesowe, a ostatnio zaobserwowano pewien paradoks. Media społecznościowe dzielą zamiast łączyć ludzi.
Jak do tego doszło?
Wbrew pozorom zawsze tak się działo, ale od czasu sytuacji, która zaczęła się wiosną ludzie dotkliwiej to po prostu odczuwają. Fascynujący fenomen mediów społecznościowych rodził wśród ekspertów szereg wątpliwości. Mnożące się wciąż sprzeczności, lajki, hejterzy, nachalne reklamy czy wręcz ekshibicjonizm społeczny. Lista jest naprawdę długa, a przecież nie chodzi teraz o to, by wymieniać problemy tylko by starać się im jakoś zaradzić. To, że problem istnieje nawet nie ulega wątpliwości, najbardziej wstrząsa jego skala. Jak się bowiem okazuje zanikanie więzi społecznych staje się już normą. Kilkaset lub nawet kilka tysięcy znajomych na portalach społecznościowych często w ogóle nie odzwierciedla stanu faktycznego. Na zdjęciach pozornie szczęśliwi ludzie nierzadko w „prawdziwym” życiu borykają się z szeregiem problemów takich jak między innymi depresja, związana z nią samotność i celowe zadomawianie się w cyberprzestrzeni.
Wobec tych faktów wielu ludzi świadomie rezygnuje z posiadania kont na portalach społecznościowych, a ich obecność w sieci ogranicza się tylko i wyłącznie do niezbędnego minimum. Lockadawn pokazał jednak, że nasze życie przeniosło się do internetu nie ważne czy nam się to podoba czy nie. Tak się po prostu stało.

Koncerty online, spotkania autorskie, szkolenia, wizyty lekarskie czy choćby popularne (inna sprawa czy efektywne) zdalne nauczanie to te działania, które przenieśliśmy do wirtualnego świata. Przenieśliśmy tam już teraz większą część naszego życia i wielu ludzi wzrost tej tendencji bardzo niepokoi. Niepokoi też dlatego, że irytujący natłok informacji na temat wirusa stał się poniekąd codziennością przez co ma się wrażenie, że media celowo bombardują nas tymi informacjami, aby nas programować na swoją modłę, a nawet jeśli nie to przecież nie da się o tym słuchać w nieskończoność. Cierpliwość człowieka w pewnym momencie zwyczajnie „wysiada” co powoduje liczne spięcia w polskich domach. Zamiast ze sobą rozmawiać co i tak przed pandemią robiliśmy rzadko, to my wolimy pogarszać sytuację zwiększając dzielącą nas niekiedy przepaść.
Świat zwariował, a my razem z nim. Początkowo wydawało się, że przymus siedzenia w domach jakoś zbliży nas do siebie, pootwiera na drugiego człowieka i jego potrzeby. Doświadczenie minionych miesięcy pokazuje jednak, że światowe rządy zamiast nam pomóc szkodzą. Za kilka miesięcy zapewne ten koszmar się skończy, ale zacznie się następny. Poza chylącą się ku upadkowi gospodarką i służbą zdrowia będziemy musieli ratować również swoje więzi oduczeni porozumiewać się w tradycyjny sposób.
Od kilku lat psycholodzy alarmują o problemie, ale zdaje się, że jego popandemicza skala może uzmysłowić nam, że to nie bajka. Że pozamykani w czterech ścianach i wpatrzeni w ekrany laptopów lub telefonów zapomnieliśmy, jak to jest czuć fizyczny kontakt z drugim człowiekiem. I to nie jest scenariusz filmu katastroficznego, a prognoza najbliższej przyszłości.
Przyszłość jednak zawsze można próbować modyfikować zatem nie ma na co czekać. Naprawdę musimy sobie zdać sprawę, że przeniesienie całości życia do strefy online pogarsza sytuację. Poniżej przedstawiam kilka najwypuklejszych przykładów na to zjawisko:
1.Bycie anonimowym sprzyja nachalności – Tego typu myślenie sprowadza się generalnie do założenia, że każdy jest panem swojego profilu. To co wstawiasz na Facebooka lub Instagrama jest teoretycznie tylko przejawem Twojej inwencji. Nie liczy się to czy ktoś to chce oglądać lub słuchać, bo jesteś u siebie. Jeśli zaś komuś się to nie podoba to cóż, może nie przeglądać Twoich udostępnień. Jednak praktyka pokazuje, że wystarczy już sama świadomość posiadania na swoim profilu tak zwanych „znajomych”, aby skutecznie nakręcić człowieka na wstawianie wszelkiej maści rozmaitości. Poza tym w Internecie każdy jest odważniejszy i czasem coś się komuś „uleje”. Niekoniecznie potrzebnie, ale jednak…
2.Bagatelizowanie oceniania, które jest wręcz karygodne. Oceniając możesz kogoś bardzo urazić, już nie wspominając o tym, że wystarczy jedno niefortunnie użyte słowo, wstawiony obrazek czy link, aby sprowokować kłótnię. W kontakcie face to face nie ma takiego problemu, ponieważ mamy przed oczami rozmówcę widzimy jego nastrój, nastawienie do nas i nie mamy generalnie kłopotu z odczytaniem cudzych intencji. Internet pozbawił nas tej możliwości. Sytuacja pogarsza się jeszcze bardziej, gdy osoby, z którymi w ten sposób rozmawiamy, znamy tylko i wyłącznie z cyberprzestrzeni. Ocena człowieka jest wtedy niemal automatyczna i zarazem bardzo krzywdząca, gdyż w kontakcie z drugą osobą liczy się przede wszystkim kontekst emocjonalny, a tego nie da się wypracować bez poznania historii danej osoby co naturalnie wymaga czasu.

3.Pozbawianie się szansy na bliskość. I nie chodzi tu o demonizowanie relacji online, ale o uświadomienie sobie, że żadna tego typu relacja nie zastąpi fizycznego kontaktu, rozmów twarzą w twarz czy wspólnych spacerów stanowiących źródło informacji niewerbalnej. Gestykulacja, tembr głosu, przytulenie, dotyk – to wszystko składa się na bliskość, która jest nam do życia niezbędna niczym tlen i słońce. Tymczasem my nierzadko umyślnie pozbawiamy się tego spędzając długie godziny na pielęgnowaniu relacji online. Marnujemy cenne godziny z naszego życia na coś co i tak jest niepełne i niewystarczające. Tak naprawdę wiosenny lockdawn nie był nam do niczego potrzebny, wchodząc w cyberprzestrzeń już dawno przecież poddaliśmy się samoizolacji.
4.Cyberświat obfituje jedynie w ludzkie przeżycia czy jeszcze inaczej: stanowi wyłącznie ich odbicie. Życie rozgrywa się tu i teraz i w każdej codziennej aktywności, nie jest go ani za mało ani za dużo. Skupiają się na nim tak smutki jak i radości. Słowem, życie jest równowagą. Tymczasem to co obserwujemy wchodząc na niejeden profil w mediach społecznościowych jest absolutną skrajnością. Jest to jak choroba dwubiegunowa. W internecie nie ma miejsca na normalność – jest albo bardzo dobrze albo bardzo źle. Z depresji przechodzimy w stany euforyczne, a po stanach euforycznych powraca depresja…
Na koniec postaw sobie proszę kilka pytań i uczciwie na nie odpowiedz.
Mianowicie:
- Czy ogólnokrajowy lockdawn spowodował u Ciebie zwiększenie aktywności w mediach społecznościowych?
- Czy w związku z tym co się obecnie dzieje Twoje kontakty ze znajomymi ograniczyły się tylko do wiadomości wysyłanych przez internet, a z ludźmi, z którymi mieszkasz nagminnie się kłócisz?
- Czy brak jest Ci realnej bliskości, którą zaspokajają kontakty w sieci?
- Czy czujesz stopniowe oddalanie się od rzeczywistości, innych osób, a nawet od samego siebie?
Jeśli zdecydujesz się porzucić social media, wiedz, że nic na siłę. Nie musisz drastycznie zrywać tej „znajomości”. Na początek wystarczyłyby stopniowe ograniczenie bytności bądź lepsze jakościowo posty. Teraz tylko od Ciebie zależy co z tym zrobisz.

Zgadzam się ze wszystkim, co jest tu napisane. Od siebie mogę dodać, że łatwość w publikacji w sieci sprawiła, że mamy teraz wiele osób, "guru", które mówią nam jak żyć. Nagle "no name" stają się wyrocznią. Podchodzę do tego z dużym dystansem.
Mnie brakuje bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami. Od marca cały mój dział pracuje zdalnie i żadne telekonferencje nie zastąpią moim zdaniem zwykłej rozmowy "o niczym" w firmowej kuchni, przy kawie. Natomiast nie zauważyłam ,by m więcej czasu spędzała od czasu lockdownu w social media. Raczej jest tak samo.